A oto scenariusz zaręczyn. Nawet w najśmielszych snach nie oczekiwałam, że będzie mi dane je przeżyć. A jednak. A było to tak:
           
            Przygotowania do zaręczyn Mariusz poczynił na długo przed planowaną przez siebie datą. Dużo wcześniej kupił mi niby ni stąd ni zowąd jakiś srebrny pierścionek z granatem na jakiejś wycieczce po sklepach, gdy niby przypadkiem zaszliśmy do jubilera. Spodobał mi się, a on na to: "to weź" i zapłacił. W taki oto sprytny sposób poznał mój rozmiar palca - i gust. Ale to był maj, czyli dużo wcześniej. Natomiast mniej więcej od połowy października przesyłał mi smsy przypominające różne ważne chwile naszej znajomości, a raczej zagadki dotyczące jej historii, przez co mój umysł stale był dość intensywnie zajęty wspomnieniami.
            Pamiętam moją rozmowę z siostrą o tym, że ostatnio te smsy od Mariusza zrobiły się bardzo kochane i nie wiem dlaczego.
            Co prawda, gdy Mariusz powiedział, bym koniecznie przyjechała do Torunia we wtorek, przemknęła mi myśl o zaręczynach, ale przemknęła chyłkiem i zaraz uciekła. Tym bardziej, że okazało się w końcu, że mogę przyjechać też w środę. Podejrzewałam, że Mariusz chce mi zrobić jakąś niespodziankę (jest w tym mistrzem), ale spodziewałam się czegoś, że tak powiem, dużo mniejszego kalibru.
            W środę prosto z porannego autobusu z Żuromina poszłam do pracy i tam odwiedził mnie mój mężczyzna. Pogadaliśmy tylko chwilkę, bo on musiał jechać, a tak w ogóle to potrzebował tylko naszego aparatu fotograficznego, który był u mnie na stancji i wpadł po klucze. Aha, i jeszcze jak zwykle pomęczyłam go, żeby porozklejał ogłoszenia: "kupię mieszkanie", a on mówił, że dziś nie ma czasu, a ja na to: co ma do roboty, a on na to, że ma jeszcze dużo do załatwienia, a ja na to - co?, a on na to, że wieczorem mi wszystko wyjaśni. Wieczorem miał mi jeszcze wyjaśnić, dlaczego tak się spieszy na Rubinkowo, z jaką kobietą się tam umówił i parę innych rzeczy. Wieczór wydawał mi się więc nieco podejrzany, ale też z pewną ciekawością go wyczekiwałam. Tym bardziej, że akurat miałam niewielką chandrę a Mariusz powiedział, że dzisiaj na pewno nie będę smutna, już on się o to postara. A ponieważ po pracy miałam iść do koleżanki, miałam pamiętać, żeby wrócić o 19.00, ani chwili później. Kazał mi tylko obiecać, że jak przedtem wejdę do domu, to mam nic nie widzieć.
            Ze zrozumiałej chyba ciekawości, co takiego jest w tym moim pokoju, droga z pracy strasznie mi się dłużyła. Otworzyłam w pośpiechu drzwi i... omal nie wpadłam na potężny dębowy stół i wielki sosnowy kufer, których zgodnie z poleceniem Mariusza nie widziałam. Te antyczne mebelki, które mój mężczyzna kupił do naszego wspólnego gniazdka - choć oczywiście nic nie widziałam - bardzo, bardzo mi się spodobały i rzeczywiście już odsmutniałam. Jedyny problem był taki, że w pokoju nie można się było nigdzie dostać, bo był cały zastawiony.
            Na stole leżała kartka. Zaproszenie. Powstrzymałam jednak ciekawość i poszłam do koleżanki.
            Byłam bardzo zadowolona z tego spotkania, gdyż nie widziałyśmy się naprawdę długo. U Kasi jednak tak się zasiedziałam, że ani się obejrzałam, a była już 19.08, a trzeba jeszcze dojechać na Wrzosy!
            O 19.15 Mariusz puścił mi "wędkę", a ja mu odpisałam, że będę za 20 min, bo zwiał mi autobus (odjechał o 2 minuty za wcześnie!!!). A on mi na to, że mam wziąć taksówkę, zwróci mi pieniądze, bo mam jeszcze dużo do zrobienia...
            Powiem szczerze, że byłam dość podekscytowana, ale i tak nie wiedziałam co będzie wieczorem. Wzięłam taksówkę. Wchodzę do domu i pierwsze zdziwienie - nie ma Mariusza. Hmm...
            Wzięłam do ręki Zaproszenie. Otworzyłam. "Zaproszenie... na samotną wędrówkę drogą wspomnień do..." Pod spodem leżała karteczka z napisem: "Chyba stolik lepiej będzie wyglądał bez atrapy - otwórz". Otworzyłam szufladę (atrapa-szuflada to takie wolne skojarzenie związane z naszą wcześniejszą wycieczką), a tam... oczywiście karteczka: "Początki bywają trudne - czasem tak to bywa, jednak po pewnym czasie trzymałem Cię za rękę, a było to wtedy, gdy...". Oczywiście doskonale pamiętałam kiedy to było, ale przeszukałam kalendarz, zdjęcia, płyty z filmami... i nic, żadnej dalszej wskazówki. Wtedy Mariusz poratował mnie smsem: "Oglądaliśmy film - komputer". Chodziło o to, żeby otworzyć laptopa - a tam... bilecik z dwiema gerberami na okładce i: "To było cudowne uczucie - wręcz erotyczne - pierwszy raz tak się poczułem i to dzięki Tobie!... . Z tamtym wyjazdem był związany jeszcze jeden prezent...".
            Prezent związany z tamtym wyjazdem? Miałam pustkę w głowie. Dodatkowo spotęgowaną tym, że ok.19.40 dostałam smsa, że jeśli do 19.50 nie dojdę do punktu 6 mam puścić sygnał. Czas leci, a ja mam pustkę w głowie! W końcu wpadłam! Nie chodzi o prezent w czasie wyjazdu, tylko z nim związany! Obraz! (proszę wybaczyć, że nie wyjaśniam cudownie romantycznych okoliczności w jakich go dostałam, ale to temat na co najmniej nowe opowiadanie).
            Ściągnęłam obraz ze ściany. Jest! Karteczka: "Nic na świecie nie jest zbyt cenne, by sprawić, by tak cudowna kobieta była szczęśliwa... Coś nowego jeszcze pojawiło się w pokoju - otwórz -236".Co???
            Przebiegłam wzrokiem wszystkie półki... nie ma tu nic nowego... A! rzeczywiście. Trudno nie zauważyć - pewnie kufer. A 236 to był szyfr założonego zamiast kłódki zamknięcia rowerowego. 2....3....6....puściło!
            Ze środka kufra spojrzała na mnie białą róża i oczywiście... no zgadnijcie. Tym razem tekst: "Wszystko tak się zaczęło (to niby od tej białej róży się zaczęło, bo Mariusz twierdzi, że pierwszy kwiatek, jaki mi dał to była biała róża, ale ja tego nie pamiętam...), a teraz... mieszkanie... gdzie źródłem światła będzie...". Oczywiście żyrandol antyczny, który wyszukałam na rynku. Pod kloszem następny bilecik z pięknym kwiatkiem: "Mam nadzieję, że masz miłe skojarzenia z białymi mercedesami (gwoli wyjaśnienia: tata Mariusza jeździ taksówką i do bardzo niedawna miał właśnie białego mercedesa. Mój chłopak czasem go od niego pożyczał i odwoził do domu. Kilka razy zabrał mnie też gdzie indziej i było naprawdę romantycznie. W mercedesie odbyło się też trochę ważnych i głębokich rozmów)
- obowiązuje strój wieczorowy 20.00. (punktualnie!) przed domem".
            Fajnie. Jest 19.52. a ja muszę jeszcze się umalować, uczesać, ogolić, znaleźć rajstopy bez oczka, wymyślić strój wieczorowy stosowny na tę porę roku (listopad) i go ubrać. Mariusz obiecał mi jednak, że nawet jeśli ubiorę letnią sukienkę i czółenka, to obiecuje, że nie zmarznę.
            Wyjrzałam prawie gotowa przez okno na ulicę. Było chwilkę po 20. Stoi biały mercedes. Pomachałam do niego przez okno i pobiegłam do pokoju się ubrać. Wychodziłam z domu dokładnie w momencie, jak rozległ się pośpieszający chyba mnie dźwięk klaksonu. No więc biegnę do mojego chłopaka, a tu z samochodu wysiada jakiś facet, którego pierwszy raz w życiu widzę na oczy. Ale niezrażona idę dalej, mniemając, że może Mariusz siedzi w środku. Ale nie - kolejny szok. Facet zapytał, czy to miało być na 20 i wręczył mi żółtą różę. Co tu się dzieje?!
            Oglądam żółtą różę, znajduję bilecik, (też z różą na okładce - potem Mariusz mi wyjaśnił, że w języku kwiatów żółta róża oznacza "odwzajemnij moją miłość"); nie bez trudu w półmroku przeczytałam: "Mam nadzieję, że masz ochotę na coś więcej niż przyjaźń...".
            Jeszcze w taksówce zakładałam biżuterię. Facet opowiedział mi, jak to pewien młody pan podszedł do niego, gdy stał na postoju Taxi i złożył mu takie niecodzienne zamówienie. Jak to określił taksówkarz (lat ok.55): "Taki Pan z gestem".
            Wjechaliśmy na stare miasto. Dopiero wtedy powiedział mi, na jaką ulicę jedziemy (potem Mariusz powiedział mi, że zabronił mu wyjaśniać mi cokolwiek zanim wjedziemy na starówkę). Na ulicy Św. Ducha jest taka dość wytworna kawiarnia, która była świadkiem naszych nieśmiałych początków (Mariusz zabierał mnie wygłodzoną po pracy na brzoskwinki z bitą śmietaną itp.). Myślałam, że jedziemy do tego lokalu, ale facet uparł się, że nie. Okazało się, że jest na starówce pewna mała, kameralna i przytulna winiarnia. Weszłam do środka. W kominku płonął ogień rzucając poświatę na podłogę i ściany, w rogach paliły się przyciemniane lampki. Niedaleko kominka stał Mariusz z ogromnym bukietem z 15 baaardzo długich, baaardzo dużych, bordowych, aksamitnych róż. Bukiet był wielki jak Mariusz, no, może pół Mariusza (on ma prawie 2 metry).
            I wtedy mój mężczyzna, trochę spiętym głosem, wyjaśnił mi, że "dziś jest taki dzień, w którym chciałby mnie zapytać, czy zechcę z nim dzielić życie" i że ostatni człon tego zdania na Zaproszeniu brzmi: "do wspólnej szczęśliwej przyszłości" (w całości: "Zaproszenie... na samotną wędrówkę drogą wspomnień do... wspólnej, szczęśliwej przyszłości").
            Potem pomógł zdjąć mi płaszcz. A potem był pierścionek, śliczny pierścionek z białego złota z pięknym brylantem. Podeszliśmy do barmana, by zamówić czerwone wino. W tle muzyka bardzo, bardzo romantyczna (podobno Mariusz to ustalił wcześniej z właścicielem) no i potem... - nie będę pisać.
            Mariusz odwiózł mnie na stancję tą samą taksówką, tym białym naprawdę ekskluzywnym mercedesem. Facet śmiał się, że może o białego mercedesa też chodziło, ale przede wszystkim Mariusz najpierw mu się przyglądał, czy przypadkiem nie jakiś młody i przystojny. A że starszy pan ... to się nie bał powierzyć swojej dziewczyny. Zaproponował, że na ślub też może nas zawieść.
            Ale na ślub pojedziemy dorożką...

 

Agata Murawska